Bez kategorii

jesień (przyszło mi zwariować)

Naukowcy z Yale udowodnili, że osoby lubiące długie, gorące prysznice podświadomie próbują w ten sposób odeprzeć uczucie izolacji społecznej. Zamykam przeglądarkę z myślą, że nie czuję się samotna, bo przecież moje prysznice są letnie i szybkie. Niemal od razu zapominam o tym, co przeczytałam. Dopiero w łazience, gdy para zawisa tuż nad moją głową, a skóra zaczyna przybierać barwę buraka, przypominam sobie o artykule i uświadamiam, że szybkich, chłodnych kąpieli nie biorę już od długich tygodni. I bardzo nie lubię wychodzić z wanny.
Nie chcę robić z tego jakiegoś dramatu, ale coraz częściej uświadamiam sobie, że nie wiem, kim jestem. Wiem za to, jakie funkcje pełnię dla innych. Nie chcę być funkcjonalna. Pragmatyzm to nie dla mnie. Od twardego stąpania po gruncie robią mi się odciski i słabnie mi uśmiech.

Ponieważ biorę długie, gorące prysznice i ponieważ nie wiem, kim jestem, wpadłam w jakiś wakacyjny wir newsletterów, które wypluwały z siebie tytuły o tym jak. Jak szybciej, jak wolniej, jak pełniej, jak lepiej, jak smaczniej, jak efektywniej, jak nie i jak tak. Jak lepiej gotować, organizować, wyglądać, leżeć i podcierać tyłek. Łapczywość z jaką pochłaniałam te wszystkie wpisy, w których desperacko szukałam odpowiedzi na swój własny temat, potwierdzeń, poklepań po plecach, szczęśliwie  wykrzywiła się swoim idiotyzmem w lustrze dzisiaj rano wewnętrznym newsletterem do siebie samej. Jakby czytanie tego wszystkiego miało cokolwiek zmienić i odpowiedzieć na jakiekolwiek z pytań, które sobie zadaję, gdy gorąca woda oblewa moje ciało. No nie zmieni.

Workami wynoszę przeszłość i tą dalszą i tą bliższą. Robię wokół siebie przestrzeń, jakbym robiła miejsce nowemu. Oczyszczam. Coraz mniej przedmiotów u mnie, coraz cieplejsze  i dłuższe te kąpiele i coraz mniej mnie w interakcjach, powiadomieniach i w słowach. I jeszcze nie wiem, czy dobrze to, czy może źle. 

Czasem się budzę i myślę sobie, że wszystko zmienię, przeciągam się z uśmiechem czując, że za jakiś czas coś wielkiego i dobrego sobie wychodzę, wyczaruję.  Ale o wiele częściej myślę, że będzie tak po prostu i zwyczajnie, jak jest. I to też dobrze.

Wieczorami oglądam filmy Allena a potem słucham o tym, że one dzieją się naprawdę i że można doznać momentu magicznego, pomieszania pojęć, żyć światem nierealnym, nałożonym jeden na drugi. I w zasadzie nie wiadomo, co dalej, a napisy końcowe zwyczajnie nie polecą. 

Lubię jeździć samochodem, bo jakimś cudem przestaję wtedy myśleć, tylko śpiewam we własnej głowie. Lubię siedzieć w kościołach, lubię ich zapach i ciszę, która momentalnie rozsiada się w mojej głowie. Ciszę znoszę bardzo dobrze, tylko skóra coraz bardziej marszczy mi się od wody na palcach co wieczór.

Przy Brasserie 27 widzę świetny kadr (przechodnie z rowerem na tle starych kamienic zawsze chwytają), ale nic nie wychodzi, tramwaj jest lekko wstawiony a ja jadę zbyt szybko. Bądź na odwrót. Nieistotne, bo na robieniu zdjęć też zależy mi już jakby mniej.

Rozczula mnie świerszcz, gapię się na Kasjopeję rozdeptując mirabelki. 

Odkąd postawiono diagnozę mój organizm zaczął się naprawdę zachowywać jak chory, czyniąc objawy dwa razy bardziej uciążliwymi, jakby teraz dostał przyzwolenie, na chorowanie, a nie ciągłe zastanawianie się, co z nim jest nie tak i czemu tak bardzo odbiega od normy.

Najpiękniejszym wspomnieniem tegorocznych wakacji są usta M-ki, fioletowe od jagód, które z pasją i zachłannością wyjadała pod Chatką Górzystów. To był ten moment jeden na milion, ten, w którym czujesz jedność ze sobą, z całym światem z chwilą, która trwa. W górach jest dobro. Zdecydowanie. Gdy jej ciepła dłoń ląduje w mojej, to wiem, że wszystko jest na swoim miejscu.

Ja i moje dziecko nigdy nie będziemy wyglądać na placu zabaw, jak te matki i córki, które mijamy codziennie w kaloszach od Huntera z idealnie uczesanym włosami, jakby dopiero co wyszły spod ręki stylistów. Nasze włosy tańczą we wszystkich kierunkach świata, w które mają ochotę, a buty mokną nam od kałuż, bo czasem, nie uda nam się przez nie przeskoczyć. I bardzo nas to bawi.

Nigdy też nie będę ludziom blogowo radzić, jak żyć, przekuwać swojej prywatnej historii w biznes i zestawy szkoleniowe, udostępniać darmowych e-booków o oczywistościach i przygotowywać szablonów na wszystko i nic. No po prostu nie. Tak nie potrafię. I nie chcę.

Kolega, którego nie widziałam przez 9 lat (nie jakiś super bliski, ale przez jakiś czas bliższy) nie pyta co robię, za co i gdzie żyję i jak ogólnie płynie mi czas. Interesuje go tylko jedno: czy nadal piszę.  I wtedy myślę sobie, że właściwie to jest istotne, mimo iż ludziom nie potrzebna jest poeprozja. Jak pisałam – nie jestem funkcjonalna, jak u Stachury: Życie praktyczne to nie była nasza najmocniejsza strona.

Biorę kolejny długi prysznic, myśląc o tym wszystkim, co się wydarzyło, co pomyślałam a czego nie opowiem. Co zapiszę w sobie lub tutaj.

Nadal piszę i nadal piszę właśnie tak, jak piszę. Nadal uwielbiam czuć na twarzy wiatr przed burzą i ciągle czuję w powietrzu zapach rumianku. Nadal jesienią robię krok w tył i kryję się w swoim kokonie, w strumieniach gorącej wody, wyciszonym telefonie. I wiem, że wciąż będę tęsknić i wciąż nie wiem za czym. I wciąż będę uciekać w siebie.

Sierpniowe 24 stopnie grzeją już trochę chłodniej.
Gdy jadę samochodem brązowe liście tańczą pod kołami.
Lato to tylko chwila. 

6 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.