dziewczyna, łąka, słońce

W kuchni nadal mam otwarte okno, mimo iż już listopad. Silniejsze zrywy wiatru obrywają żółte liście brzozy, które uchylonym oknem wpadają do środka. Taki liść pikuje gdzieś między kucharskie książki, czasami na blat lub pod nogi, a czasem prosto do kubka z herbatą.

Dziwna jest ta jesień. Każdego dnia mam energii tyle, jak po mocnym kubku kawy, a przecież tej nie pijam już rok z hakiem. Jeśli melancholia to tylko przez chwilę, jeśli zwątpienia, to w towarzystwie kilku wyrazistych kontrargumentów. Niby niepewność, a jednak jakaś odwaga w sercu. Niby żal i tęsknota a jednak wzruszenie ramionami. Niby premanetnte nieywspanie ze snem dzielonym na kostki, a jednak w środku nocy najwięcej trzeźwych przemyśleń.

Myślę, że normalną koleją rzeczy po zachłyśnięciu się światem i swoimi możliwościami, tym – jakże szczerym – przekonaniu, że może i powinno się wszystko, jest spokojna pokora. Ta, która wyrasta ze samoświadomości i kilku prawd, które się poznało.

Równowaga jest wtedy, gdy wiesz, że nie możesz a przede wszystkim nie musisz wszystkiego. Że możesz czegoś nie wiedzieć, nie chcieć. I co może najważniejsze, że rezygnowanie, ograniczanie może mieć sens i budować jeszcze pełniej. Im więcej odpuszczam i odrzucam – działań, aktywności, znajomości, rzeczy, tym mam więcej miejsca na to, czym naprawdę chcę żyć, czemu chcę poświęcać swoję energię i czas. To pozwala mi myśleć, że jestem szczęśliwa na swojej wyspie, choć otacza ją ocean głupoty.

Można też jeździć na wszystkie krańce świata, a nadal mentalnie tkwić w czterech ścianach swojej małostkowości. Głosić otwartość i tolerancję, ale swoją ciekawość drugiego człowieka i świata ograniczać do tez, które potwierdzą własne przekonania. Gdzie wolność drugiej jednostki zaczyna i kończy się tam, gdzie własna wizja rzeczywistości. Wtedy z każdej podróży i relacji z drugim człowiekiem wraca się głupszym i uboższym. I można nie widzieć tego wcale.

Najbardziej sexy jest autentyczność, której nie rozmienia się na drobne, odpowiednio kadrując i ubierając w błyszczące filtry. A na to nie zawsze starcza odwagi.

Kiedyś pisałam, że żal mi tych wszystkich książek, które czytałam w wieku nastoletnim, bo dopiero dzisiaj zrozumiałabym je tak naprawdę. A dzisiaj myślę, że to nie prawda, bo dzisiaj zrozumiałabym je zupełnie naczej, tak samo, jak inaczej zrozumiem je za kolejne 10, 15, 20 lat. I za każdym razem będę rozumieć je naprawdę patrząc przez szkiełko swich doświadczeń, emocji i pragnień. Dlatego dziś wertuję Godziny i szukam w nich czegoś zupełnie innego niż 20 lat temu. Znajduję i to też mocno trafia, tak jak wtedy. Myślę też, że nie przypadkowo to właśnie tę pozycję wysłałam kiedyś w świat do osoby mi nieznanej, choć nigdy nie wymieniam jej tytułu w liście ulubionych.

Dziwna jest ta jesień z liściem w herbacie, jesień której nie boję się wcale. Z serendipity co spada pod moje nogi, tak często, jak te liście właśnie. Podkłada elementy, które nagle zaczynają pasować do opowieści sprzed lat. Kiedyś powiedziałabym, że byłam niemądra lub, co najmniej, naiwna. A teraz mówię sobie, że miałam inne szkiełko. Bo z ludźmi jest tak samo jak, z tymi niby czytanymi za wcześnie, książkami. Prawdziwe intencje zrozumiesz dopiero po latach. Co dziwne, nie mam pretensji do siebie, to ich jest mi żal.

W kuchni mam otwarte okno, a żółte liście brzozy pikują na klawiaturę. W tą dziwną jesień pisze mi się o wiele lżej, celniej i piękniej. Ale niekoniecznie tu. Tutaj też odpuszczam i odrzucam. Nie będzie już serendipity monthly, bo tak naprawdę chciałam tylko napisać, co myślę o Grze o tron. I pewnie nie będzie już strony na FB, bo to zawsze było jak ten liść w herbacie – nawet ładne, nawet zabawne, ale kompletnie niepotrzebne.

Jeszcze tego nie wiem, ale czuję, że w tej dziwnej jesieni, pomiędzy żółtymi liśćmi a nocnymi czuwaniami, tam pomiędzy książkami, do których się wraca i tych, których nie może się skończyć. Między tym, co odpada i tym, co się zmienia, zaczyna się dziać coś ważnego.

Niespiesznie.