Blog,  introwertzm

slipping through my fingers

Wbrew i na przekór wszystkiemu, pokonaliśmy nieprzychylny nam system i M-ka dostała się do przedszkola. I to jeszcze tego pierwszego wyboru.
Cieszę się niezmiernie i dlatego, że wreszcie przedszkole i dlatego, że moje cygańskie dziecko zacznie się w końcu socjalizować i przestanie warczeć na inne dzieci grając z nimi w piłkę (to nie jest żart). Ale cieszę się również dlatego, że to przedszkole z “mojej dzielni” niemal pod moim domem rodzinnym. Wprawdzie ja do niego nie chodziłam, ale i tak bardzo mi się pozytywnie kojarzy. Chodziłam po nim z W. w podstawówce. Biegałyśmy w weekendy po jego dachu i po płocie, z którego dotkliwie spadałyśmy.  A w liceum przesiadywaliśmy na placu zabaw. No i niestety, kiedyś zostawiliśmy tam butelkę po winie. To chyba przez to zatrudniono stróża, który później strzelał do chłopaków z wiatrówki. Z perspektywy matki uważam, że byłam niedorozwiniętą umysłowo nastolatką.

W każdym razie, teraz będzie chodzić tam M-ka i czuję się z tym bardzo komfortowo zwłaszcza, że na poniedziałkowym zebraniu dla rodziców dowiedziałam się, że stróży jest trzech.
No właśnie, zebranie. Tak na godzinę przed dotarło do mnie, że to moje pierwsze zebranie rodziców. Coś, co moja rodzicielka skutecznie omijała szerokim łukiem podczas mojej edukacji i coś, co u mojego rodziciela powodowało stany nerwowe. Wbrew pozorom nie ja byłam powodem owych nerwów – nigdy przynajmniej tego tak nie odczułam – białej gorączki ojciec dostawał na samą myśl o spotkaniu mojej wychowawczyni (bardzo dobrze K; plus dostateczny – autentyk) oraz innych rodziców (a dlaczego moja córka ma tylko czwórkę z w-fu, skoro z innych przedmiotów ma piątki i szóstki? – również autentyk). Ponieważ antyspołeczność i alergię na ludzką głupotę oraz ignorancję odziedziczyłam po ojcu, wraz z Kubikiem ustaliliśmy, że na zebrania będzie chodził On.
Jak widać nic z tych ustaleń nie wyszło, bo na pierwsze zebranie poszłam ja: antyspołeczna matka. Postanowiłam sprostać zadaniu: wejść pewnym krokiem, wyprostowana, stanowczym acz miłym głosem, tak aby wszyscy mnie usłyszeli, powiedzieć przyjaźnie – ale w odpowiednich proporcjach – dzień dobry usiąść z gracją w takim miejscu by pani dyrektor od razu mnie zapamiętała i móc zadawać nurtujące mnie pytania.
Kiedy tylko przekroczyłam próg, to od razu włączył mi się syndrom szkoły: weszłam do sali, niemrawo się przywitałam, tak że nikt nie zwrócił na mnie uwagi i praktycznie przytulając się ściany udałam się w najbardziej oddalony kąt sali, potykając się o krzesełko – celowo piszę krzesełko, ponieważ sięgało mi do połowy łydki. Jak to krzesła w przedszkolu. No cóż, niektórych nawyków się nie zmieni. Zawsze mogę jednak twardo stać przy zdaniu, że nie uciekłam do tyłu, tylko usiadłam w takim miejscu, by nikomu z racji mojego wzrostu nie zasłaniać. Pytań oczywiście nie miałam. Zaczęłam sobie przypominać zestaw pytań, przeczytanych ostatnio w pewnym czasopiśmie o pięknym dzieciństwie, które to należy zadać przy wyborze szkoły podstawowej. Nie wiem, czasy tak szybko się zmieniają, może w przypadku przedszkoli też należy takowe zadać? Pomijam już fakt, że w 80% przypadków pytania te nawet nie przeszłyby mi przez myśl, bo takie średnio normalne, jak dla mnie ale nie wiem… może zbyt słabo mi zależy na edukacji mojego dziecka?
Siedziałam więc sobie w kącie, na krzesełku sięgającym mi do łydek, z kolanami pod brodą – zupełnie jak w przedszkolu. Dzielnie notowałam, a gdy doszliśmy do fragmentu, gdzie omawiano usamodzielnienie trzylatka, dzięki któremu proces adaptacji będzie mniej dotkliwy, zaszkliły mi się oczy.
No bo jak z tym wszystkim sobie poradzić?
Jak  J A  mam sobie z tym poradzić?
Bo, że M-ka sobie poradzi, to nie mam najmniejszych wątpliwości. Bo wszystko to, czego się od niej oczekuje, to ona już potrafi (oczywiście, w momencie, gdy piszę te słowa, dopuszczam do siebie myśl, że M-ka bardzo szybko zrewiduje mi ten pogląd)
I mi się matka i kwoka w jednym na całego włączyły!

M-ka przecież taka mała, a już taka duża! Już robi pierwszy krok z krainy beztroskiego dzieciństwa. Do swojego świata.

Słuchając wszystkich wytycznych dwie z nich podciągnęłam po kategorię: poważny problem. I nie chodzi tu o umiejętność zakładania butów, korzystania z nocnika, mycia rąk czy o jakieś inne pierdoły tego typu 😉 . My na prawdę mamy problem, gdyż nie jesteśmy w stanie opanować dwóch istotnych zagadnień:
– związywania włosów – M-ka dostaje szału, gdy widzi w moich rękach gumki lub spinki i jest wtedy nie do poskromienia,
– znajomości swojego imienia i nazwiska, bo za każdym razem, gdy słyszy, jak się nazywa, mówi: niee, ja jestem M-ka córka.

Przy okazji okazało się też, że jestem mało atrakcyjnym rodzicem: ani nie potrafię żonglować czy stepować, ani nie mam frapującego zawodu, o którym mogłabym opowiadać zachwyconym przedszkolakom, nie mam też hurtowni zabawek i nie projektuję placów zabaw. No trudno, trzeba będzie się przed radą rodziców wykazać jakoś inaczej…

Oglądanie przedszkolnych sal poruszyło wszystko moje najczulsze struny. Zminiaturyzowany świat, jak w krainie krasnoludków. Leżaki a obok nich malutkie nocne stoliki. I przypomniało mi się leżakowanie, znaczki przy szafkach, niskie umywalki i worki na kapcie. Cerata na stole i społemowskie kubki. Przedszkole było takie fajne!

Na jednym małym biurku wychowawczyni złożona kartka i jedno zdanie: Znaleźć Lidzi różową spinkę 🙂

Myślę, że M-ka się zaadaptuje.
Wiem, jak ją przygotować, by ułatwić jej proces adaptacji.

Natomiast kompletnie nie wiem, jak do tej nowej sytuacji ułatwić proces adaptacji sobie samej.

 

10 komentarzy

  • parcel

    Początek może być trudny, ale wszystkie dzieci daja sobie radę. I Ona tez sobie poradzi, a z czasem będzie czekać na zajęcia w przedszkolu już od soboty włącznie.

  • Nika

    Matka, nie świruj:) Będzie dobrze, choćby dlatego, że właśnie M-ka odnajdzie się w nowym otoczeniu. Natentychmiast:)A jeśli jej będzie z tym dobrze to i Tobie też:)Oczywiste to:)

  • Katie

    No właśnie przez 80% czasu jestem totalnie wyluzowana. Mam poczucie bezpieczeństwa, zaufanie do tego miejsca i osób tam pracujących. Wiem, że początki mogą być ciężkie, ale traktuję to jako coś normalnego. Podejrzewam też, że w jakąś sobotę mogę mieć awanturę, że "dlaczego nie idziemy do przedszkola?" 🙂 ale czasem zaczynam mieć wątpliwości, czy może nie jestem zbyt optymistyczna? Może powinnam się martwić? I się zaczynam nakręcać.

  • espe

    Nie wiem, czemu to piszę, ale może wybuch śmiechu spowoduje rozluźnienie trzewi. Moje dziecko pierwszego dnia zabaw podwórkowych, pod okiem mamy oczywiście, na widok rówieśnika radośnie zawołało DUPA… bez komentarza.

  • Anonimowy

    Ja w przedszkolu (oraz w szkole) stale dawałam się poznać, jako matka, ktora zawsze znajdzie wytłumaczenie na zarzuty pod adresem swoich synów. Ale nie chodziło tu o zarzuty typu, że był nieuważny, rozrabiał i takie te. To, oczywiście, było bezsporne i naganne. Ale jak słyszłam, że moje czteroletnie dziecko jest dziecinne (!) albo, że jest mniej zaradny niż jego starszy brat – to trafiał mnie przysłowiowy szlag.Pytałam kiedy ma być dziecinne jak nie w przedszkolu? A starszy brat? Każde dziecko jest inne, co nie znaczy, że gorsze od rówieśników – tłumaczyłam pani przedszkolance, jak pasterz krowie na granicy.A że nie chce pić mleka? Ja też mam mlekowstręt i co z tego? Ojj… nie miałam ci ja dobrych notowań jako matka…. 🙂
    Katie, pozdrawiam serdecznie i życzę wytrwałości :).
    annajulia 🙂

  • Katie

    Ojej, jak się cieszę, że Cię tu widzę 🙂
    Na razie cała nasza trójka uprawia propagandę, że przedszkole jest super! I nie chodzi tylko o to, by zbudować pozytywne wrażenie dla M-ki, chodzi też o nas 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *