ksiązka, dziecko
Blog

tam gdzie jest nudno, ale gdzie będziemy szczęśliwi

Mój kaszubski pradziadek był zawodowym krawcem. Najlepszym w okolicy, mimo palców przestrzelonych w czasie wojny.

Na babcinej kuchence bulgotowi zup wtórował stukot maszyny do szycia. Przy mormorandzie Łucznika szyły się sukienki, spódnice i moje dziecięce wspomnienia.

Mama czarodziejskimi różdżkami w rozmiarach od 1,5 do 6 mm łapie oczka  i układa je w rzędach ciepłych swetrów, mitenek i lalek, które tulą moje córki do snu.

Ja tylko plotę. Czasem od rzeczy, a czasem od kłębka. Zwijam sznurki w wiszące kwietniki i makramy, czasem krzyżykiem ozdobię bieżnik. Nad Małą Zo wirują 3 jednorożce, gwiazdy i chmury, które uszyłam i w których na próżno szukać choć fastrygi talentu pradziadka czy precyzji babcinych krojów. Guzik z pętelką, ot co.  Oczka prawe, oczka lewe nie są dla mnie proste jak drut, szydełko niecierpliwi się w moich dłoniach. To talenty, których nie odziedziczyłam.

Ale umiem w emocje i w budowanie relacji. I z nich uszyłam najpiękniejszy patchwork świata.

Rodzinę.

Skrawki różnych barw, treści, faktur i ciężkości. Dobierane do siebie latami. Połączone jedną, najważniejszą, tak do mnie na kilka rzutów oka niepodobną, złotą, jak w kintsugi, nitką optymizmu. Tym wewnętrznym poczuciem, że to właściwy ścieg i fason, mimo iż nie mam gotowego szablonu, wykroju, instrukcji rozpisanej w kilku hermetycznych komendach. Tylko to czucie, instynktowna wiedza o kierunku nitki osnowy, bez mydełka i centymetra krawieckiego, ale nie na oko, na serce i intuicję.

I choć czasem materiał się strzępi, choć czasem brakuje go do pracy, nigdy nie wątpiłam w sens obranej drogi. Szyłam, szyję. Czasem z radością, czasem w złości. Z determinacją i lekkością. Choć niekiedy przypomina to krawiectwo ciężkie, choć niekiedy się pruje i ścieg biegnie krzywo.

Najważniejsze – nigdy nie byłam w tym krawiectwie sama.

Dekatyzacja. Krojenie. Fastrygowanie. Stebnowanie. Ścieg kryty. Marszczenie. Pliska skośna. Lamówka. Zapas na szew.

Zaufanie. Współpraca. Cierpliwość. Słuchanie. Intuicja.  Pokora. Dystans. Otwartość. Miłość.

Naparstkiem moja dźwiękoszczelna bańka przed wszystkimi szpilkami – komentarzami, że to nie ma prawa się udać. Odporność na wychodzącą podszewkę szyderstw i oceny pod płaszczykiem rad tych, którzy dobrych intencji mieli jak kot napłakał. Widziałam spójność, na którą teraz niektórzy patrzą z niedowierzaniem. Nierzadko z zazdrością. Wbrew wszystkiemu i mimo wszystko i dla wszystkiego, co w życiu istotne.

Szycie to nie wszystko. Trzeba doglądać, czy nigdzie się nie pruje, nie mechaci, nie strzępi, nie blaknie. Dotykać każdy fragment wnętrzem dłoni i policzkiem. Słuchać, by się nie skurczył. Choć czasem pod nim ciężko, duszno i zbyt gorąco, nie puszczać.

Patrz, jaki piękny patchwork mówią.

Patchwork jest piękny, bo nasz. Niedoskonały. Może trochę czasem nudny, chwilami zbyt skomplikowany. Ale jest ciepły i ogromny, mimo iż mieści się w ramionach i zarazem o wiele większy, niż mogłoby się wydawać. Bez zdejmowania miary jest w sam raz.  Szyty w skupieniu, w poszanowaniu każdego z nas.

Z końcem listopada rozrósł się o kolejny piękny fragment. I dopiero teraz widać, jak bardzo go brakowało, by dopełnić całość.

*

Poza tym, rzeczywiście, nie mam już wyjścia, muszę polubić listopady. Grudzień to najcieplejszy miesiąc w roku o smaku czekolady, w 2018 jeszcze cieplejszy i  wyrazistszy w smaku. W styczniu bardzo jest mi nas wszystkich po prostu żal, bo nie mam już żadnych złudzeń. I jeszcze mocniej ściskam swój patchwork i jeszcze bardziej wierzę w to, co mi bliskie. Przeglądam swój telefon i w notatkach znajduję fragment sprzed pół roku o tym, że choć jestem wrażliwa na to, co pomiędzy słowami, to coraz częściej myślę, że większość sprowadza się do języka, a cisza legitymizuje zło. Sic.

Echosystem wraca po 13 latach i układa się we mnie spokojem. Znów uczę się pisać. Znów uczę się samej siebie, sprawdzam, jak po dekadzie zmieniły się moje reakcje, myśli, moje macierzyństwo. Takie moje #10yearschallenge kwilące na rękach.

Tylko czasem, gdy jest noc, znów uciekam do światów alternatywnych, które tworzę w półmroku lampki. A taniec nadal jest najlepszy na wszystko.

 

 

2 komentarze

  • El

    Kasiu, czytam z uczuciem, jakbym weszła do znanego mi pokoju, i zobaczyła Cię tę samą, choć zmienioną i promienniejszą, niż kiedykolwiek, choć #10 z okładem od tamtego sierpnia. Od lampki, od was wszystkich bije takie ciepło, a ja wciąż jestem u siebie, choć daleko, coraz rzadziej, jak ciotka z Australii. Lecz spokojna, że teraz już masz tę opokę, ten port, w którym wszystko jest na swoim miejscu. I ten patchwork! Niewiarygodne, ale tak o was pomyślałam, prowadząc zajęcia z grupą biznesową, i ten akurat temat się nam nawinął. I gadaliśmy, gadaliśmy, a ja myślami i sercem uśmiechniętym przy was. i musiałam się pochwalić,że mam taka mądrą Kasię, co umie zszyć rodzinę, a to nie każdy umie. I zaglądam tu dziś, i czytam… I dumnam 😀

    • Katie

      A ja dziś mam łzy wzruszenia w oczach, tak jak kiedyś, gdy czytałam słowa od Ciebie 🙂 I choć jest rzadziej, to ja czuję energię od Ciebie jakbyś była na wyciągnięcie ręki 🙂 I jak pomyślę sobie, że Ty przecież wszystko wiesz, tak od podszewki właśnie, że byłaś przy mnie w tym moim szyciu i gdy czytam ostatnie słowo od Ciebie, to ze wzruszenia mogę tylko szepnąć: dziękuję.
      Wiem, że nasza historia wśród naszych znajomych, jest podawana dalej jako przykład, wzór, coś dobrego i pozytywnego, dowód, że jeśli się chce, to można. I niech tak będzie. Tak sobie patrzę właśnie na to moje stado i myślę, że to właśnie może być ten mój największy sukces. Buziaki!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *