Bez kategorii

ten

To na pewno był wrzesień. Chyba połowa. Pamiętam, gdzie stało biurko, smak herbaty (zielona jaśminowa) i kolor kubka, który teraz leży owinięty w gazetę, w którymś z kartonów. W tle leciała muzyka. Pewnie jakaś polska alternatywa. Albo Pearl Jam. Pamiętam kolor tła. Tę dobrą, cichą szarość i obrazek, który był integralną częścią szablonu, a który tak dobitnie sugerował mnie, że nawet najbliżsi mnie z nim utożsamili. Pamiętam rodzaj czcionki i to, że powoli stawał się wieczór. Pamiętam, jak precyzyjnie, w skupieniu zorganizowałam sobie spontaniczność
Pamiętam, że po prostu chciałam. Po prostu wiedziałam, że muszę. Nie miałam planu. Nie miałam oczekiwań. Nie miałam żadnej kreacji, nawet cienia pomysłu. Po prostu postanowiłam być w innej przestrzeni, inaczej niż na co dzień, innym środkiem wyrazu. Zwyczajnie wcisnęłam przycisk i czekałam co z tego wyjdzie. I nie miałam bladego pojęcia, gdzie mnie to wszystko zaprowadzi.  
Wrzesień 2004. Moje lamassu, bo brak tytułu to też tytuł. Wtedy, nie bardzo wiedząc co tak naprawdę robię, rozpoczęłam swoją dekadę pisania w sieci. Pisałam o domach i czekoladzie, o w-fie na studiach i górskich wycieczkach, o moim mieście i małych radościach, o tym, co bolało i o tym, co unosiło ponad krzywe krawężniki. O ludziach. Nadziejach i rozczarowaniach. O kotach i bumerangach, Gerdzie i dziewczynie w kolorowych skarpetkach, o Człowieku Zagadce i podróżach pociągami, o codzienności i wspomnieniach. O wszystkim i o niczym. Zawsze o swojej emocjonalności, czasem krzywej, czasem niedopowiedzianej, czasem takiej aż do granic, ale zawsze szczerej. Jak kiedyś napisał M. poeprozję. Polubiłam to określenie.   
W zasadzie nie zmieniło się wiele. Może mniej piszę o podróżach pociągiem, o w-fie już wcale. Nadal bez kreacji, planu czy pomysłu, bez tematu przewodniego. Na pewno rzadziej i jeszcze mniej dosłownie. Ale przynajmniej wiem, gdzie ta moja pisanina mnie prowadzi od pierwszego słowa wklepanego w edytor. 
Do ludzi. Zawsze do ludzi.
I właśnie pomyślałam, że to takie moje małe święto. Nadal pijam zieloną jaśminową herbatę, choć nie tak często, jak wtedy (swoją drogą, straciła trochę na jakości. Albo to mi przez 10 lat zmienił się smak – oby!). I wygrzebałam ten wielki, granatowy kubek. Napijecie się ze mną jubileuszowej herbaty? 
Między jednym a drugim łykiem, napiszę zwykłe, w pełni emocjonalne i szczere: dziękuję 🙂 moi Drodzy Czytelnicy. Mogłabym wymienić Was z nicka/imienia ale postanowiłam popaść sobie w pewnego rodzaju egzaltację 😉
Dziękuję Ci, który czytasz mnie od dekady właśnie. Dziękuję Ci, który wygrzebałeś mnie jeszcze na Onetcie. Dziękuję Ci, który czytasz mnie po raz pierwszy i dziękuję Ci, który czytasz mnie od jakiejkolwiek daty w kalendarzu, która już za nami, Dziękuję Ci, którego na oczy nie widziałam, a z którym czuję porozumienie i ludzką bliskość. Dziękuję Ci, który dałeś do myślenia, który rozbawiłeś i podniosłeś na duchu. Dziękuję Ci, z którym piłam herbatę i na którego maile czekałam/czekam. Dziękuję Ci, który stałeś się moim przyjacielem. Dziękuję Ci, który zostawiłeś choć jeden komentarz i Tobie, który nie napisałeś ani jednego. Dziękuję Ci, który wróciłeś, gdy i ja wróciłam. Dziękuję Ci, który każde me słowo śledzisz zachłannie. Dziękuję Ci, który nie czytasz mnie już wcale i Tobie, który udaje, że nie czyta. 
Dziękuję Wam. I nie tylko za Waszą obecność i słowa tu, ale za Wasze blogi i Wasze światy, które uwielbiam od dekady bądź krócej.
Sukcesem nie jest pisanie bloga przez 10 lat. 
Sukcesem jest to, że Ci, którzy zechcieli go czytać 10 lat temu – i krócej – są nadal.
I powiedzmy, że leciał wtedy Pearl Jam 🙂

24 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *