Blog

varsovie

Wita mnie ściana deszczu.
Parę dni temu powitał skwar.
Parę dni temu chciałam tam być, teraz byłam zbyt zmęczona, by myśleć o tym, czego chcę.
Parę dni temu leżałam na trawie i słuchałam muzyki szarpanej strunami tuż obok i było cudownie.

Zauważam, że na koncertach bardziej koncentruje się na tłumie niż na gwiazdach wieczoru.
Szczególnie rozczulają mnie całe rodziny z podrostkami zapuszczającymi włosy i licealne pary, które świata poza sobą nie widzą wierząc, że tak będzie zawsze.
A teraz wita mnie ściana deszczu i niewyspana R.
Mkniemy pod miastem i z nim, a ja myślę sobie, że tak do końca to nie przekonam się do niego nigdy.
Dostrzegam zmiany, ładne oblicza. I chociaż tak wiele rzeczy jest tu na plus, to nie czuję się tu dobrze. Niedobrze też nie.
Z najwyższego piętra widzę, jak Okęcie mruga do mnie światłami.
Podoba mi się to ogromne okno bez firan zawieszone w próżni tuż pod chmurami.
Mogłabym tak stać godzinami.
Co też – ku irytacji R. – czynię.
Wstające miasto robi dużo hałasu. Trzaska drzwiami i odchrząkuje po_nocną chrypę głośnym warkotem. Zaspane potyka się, puszcza z dłoni brzęczące tramwaje, krzyczy klaksonami i gna przed siebie gubiąc krawaty w locie.
Piję kawę przy oknie, patrzę na lądujące samoloty. Obrzmiałe jaskółki.
Zupełnie ignoruję szklane wieże powbijane w parcele tak gęsto, jak igły wbite w krawiecki grzybek. Bo dla mnie Warszawa to obrazki z przełomu lat 70 i 80tych. I koniecznie lato.
Zbyt wiele filmów i seriali z tamtych lat.
I zapominam, że jest wiek XXI, widzę tylko te budynki z metryką 50-. Lubię kolorową szarość Warszawy, prostotę jej brył. I chyba niewiele ponad to.
Całkiem miły czas.
Wracając, na zmianę: to zatapiam wzrok w książce to w oknie.
Czytam o kupnie i remoncie domu, gdzieś w wymarzonym miejscu.
Wzrokiem wyławiam te potencjalne domy, którymi mogłabym się zaopiekować.
Mała kolejowa stacja z drzewa w kolorze oliwki wylewa czarę wyobraźni.
Wizualizuję sobie, jak będzie wyglądał mój dom z moim ogrodem.
Od posadzki, przez ościeżnice okien, poprzez nóżki od wanny i gałki drzwi, po stół w jadalni i emaliowaną konewkę na kuchennym parapecie.
Przez każdy krzak, źdźbło trawy, kwiat lawendy, dróżkę i wiklinowy kosz pod jabłonią.
Bo ten teraz to nie mój dom i nie mój ogród.
To nie dom i nie ogród tylko złośliwy prztyczek w nos od losu.
Ergo wizualizuję sobie i stwierdzam, że to marzenie życia mego.
Najpewniej z przekory.
Wciąż Moje Miasto wita mnie ciepłym,  rozgadanym wieczorem i otula zapachem bzów i kasztanowców.
Niedługo Znów Moje Miasto. I pewnie stąd ta przekora i całym mym jestestwem umiłowanie do wsi się bierze.
Tyle czasu za nim tęskniłam, tyle dróg powrotnych do niego szukałam a teraz nieśpieszno mi tam wcale.
Warszawo, to ty mi tę niechęć do miasta uczyniłaś myślę sobie, choć doskonale wiem, że niczym nie zawiniła.
Już wśród swoich pól spłukuję strumieniem ciepłej wody stolicę z porów skóry, wypłukuję blask neonów Wciąż Mojego Miasta z pasm włosów.
Zakładam miękki dres, przez okno czuję zapach rzepaku i zachwycam się niebem.
Bo wolę mruganie gwiazd niż miejskich świateł.
Stęskniona M-ka głaszcze mnie po twarzy, kot układa się w stopach do snu.
Zaczynam powoli żegnać się z tym miejscem i ku własnemu zaskoczeniu jest mi żal.
Odklejam się powoli, by nie bolało, jak zerwanie plastra.
Nie bardzo chcę się odklejać.
Wciąż mam poczucie, że nie zrobiłam tu wszystkiego co i jak mogłam; że nie wykorzystałam, nie wycisnęłam do ostatniej kropli.
Klasycznie: jak mam to nie doceniam, gdy tracę odczuwam palący brak.
Radiem śpiewa Brodka.
Przecież to nie Warszawa pocieszam siebie zupełnie bez sensu.
I zaczynam nucić swoje dawno napisane piosenki o Znów Moim Mieście. Niedługo.

12 komentarzy

  • lewkonia

    A mi tu tak dobrze, mimo tylu nieprzystających do mych wyobrażeń o tym domu rzeczy w nim i wokół niego, pewnie dzięki temu,że każdy tu kamyczek i listek, każdą taczkę ziemi i gruzu własnymi łapkami piąty rok już (ojej!) targam w te i we wte, aż mnie czasem ciarki przechodzą na myśl, jak sobie myślę, co by było, gdybym musiała spakować walizki i szukać gdzie indziej szczęścia. Jak to się można przyzwyczaić do czegoś, co przecież więzi i do morderczej pracy zmusza :)))Bo to na razie istny obóz pracy jest. A jednak kocham :)))
    Wszystko jedno, czy miasto, czy wieś – trzeba poczuć,że to jest właśnie to miejsce. Także dzięki ludziom wokół. To chyba właśnie jest ta recepta, o taką przystań chodzi, dokąd się wraca z najpiękniejszych miejsc na ziemi, niechby nawet dziurawy dach i połatany płot…

  • Katie

    moje wyobrażenia do rzeczywistości nie przystają w ogóle 🙂 I pewnie, gdybym sama od początku targała te kamyczki, siała tę trawę, malowała te ściany i ustawiała meble, gdybym miała jakikolwiek wpływ na to, jak wszystko tam wygląda a nie dostosować się do tego, co zastane, czego ruszyć nie można; gdybym potrafiła pokonać te rzeczy, które drastycznie obniżają jakość życia, pewnie też bym kochała i nie myślała intensywnie od paru lat o wyprowadzce. O ludziach się nie wypowiem, bo to wilki a nie ludzie 😉

  • espe

    "klasycznie" mam dokładnie tak samo. Za każdym razem, jak przemierzam setki km w rodzinne strony niemal biegam po przedziałach pociągów, jakby to miało przyspieszyć dotarcie do celu. Na miejscu wielkie rozczarowanie, w sumie nie było do czego gnać. Gnam zatem w drogę powrotną do mojego tu i teraz. Cieszę się tym tu i teraz długo i namiętnie. Do pierwszych tęsknot za rodzinnym… no rzesz ja tak po prostu mam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *