Nie był to najlepszy koncert, na jakim byłam.
Nie przeżywałam go tak bardzo, jak tego sprzed sześciu lat. Bo wtedy zmaterializował mi się i był na wyciągnięcie ręki człowiek z nastoletniej krainy Bravo i MTv – a były to krainy z odległej galaktyki, gdy w Bravo dużo pisano o rocku a w MTv puszczano muzykę. Wtedy razem z W. przebierałyśmy się za Dwóch Najważniejszych i grałyśmy koncerty w moim salonie tuż przy teledyskach z kasety vhs. Ten koncert sprzed sześciu lat był ucieleśnieniem marzeń dziewczynki z podstawówki. Marzeń, o których myślała, że nigdy się nie spełnią.

Dlatego wczoraj reagowałam inaczej, zupełnie zwyczajnie. Po za tym muzycznie nie był to najlepszy koncert, na jakim byłam. Ale tego wczorajszego klimatu nie zapomnę nigdy.
Zaczęło się, gdy nagle zaczęliśmy iść z tłumem. Różni ludzie, większość w naszym wieku i bardzo duża grupa osób, które rodziły się w czasie zmian w zespole, które pociągnęły za sobą piętnastoletni impas. A oni tak autentycznie rozradowani, podekscytowani i zachwyceni. Nagle czasoprzestrzeń zakręciła piruet pognała do lat dziewięćdziesiątych: potargane dżinsy, dżinsowe kamizelki, czerwone bandany na czole. Spojrzałam na siebie i zaśmiałam się: jak bardzo różnię się od swojego codziennego wydania i jak jednocześnie nie różnię się wcale od tego tłumu co ze mną. Bo tak, jak ci roześmiani chłopcy i śliczne dziewczęta mam właśnie kilkanaście lat.
Stojąc pod sceną śpiewam sobie Patience, bo gwiazda wieczoru spóźnia się już drugą godzinę. Żal mi tych, co mają godziny odjazdów pociągów, jakieś sprawy do załatwienia od ósmej rano. W tłumie rośnie podirytowanie. I właśnie w momencie, gdy koncert powinien się kończyć on się zaczyna.
Pojawia się na scenie i ci, którzy wieszali na nim psy przez ostatnie 2,5 godziny znów kochają go bezgranicznie.
Nie liczy się nic, prócz rocka i szaleństwa.
Róże uniesione w dłoniach publiczności, jeden wspólny krzyk.
Ostentacyjnie nie klaszczę wyrażając swoją dezaprobatę. Choć w środku podryguję cała i cieszę się, jak dziecko. Z każdym kolejnym utworem topnieje moja ostentacyjność.
I, mimo iż wyraźnie mi śpiewa, że  don’t you cry tonight płaczę przeokrutnie nad wszystkim i nad niczym.