Blog

zwykłe czary wieją

Okazało się, że wzór na moje dobre samopoczucie i uśmiech od ucha do ucha jest banalnie prosty. Wystarczy słońce na twarzy, ciepły wiatr biegający pomiędzy moimi włosami, gdy idę w rytm własnego soundtracku, który płynie ze słuchawek. Daję słowo, zatrzymują się na mnie także kobiece spojrzenia. 

 

Chodzę wyprostowana i rytmicznie, więc już chociażby dlatego, w głowie mi się robi lepiej. Zachwyca mnie wszystko i odmachuję każdej szkolnej grupie, która stoi na przystankach. Uśmiecham się do wewnątrz, więc na zewnątrz wysyłam spokój, który udziela się innym.
I uwielbiam ten czas, kiedy staje się wiosna. Tak po prostu, bez zbędnych ceregieli, puszcza pąki, obsypuje się kwieciem. Po prostu robi swoje. Mogłoby się wydawać, że ona tak z dnia na dzień, przeciąga się rano i myśli, że ma gest, więc sypnie i tu i tam żółtymi główkami żonkili, uwije kilka gniazd nad głową i wybierze listkom najzieleńszą ze wszystkich swoich zieleni. Ale to tylko pozory, to ten cały niewidzialny proces, ta ciężka praca pod korą i ziemią, to wewnętrzne pulsowanie i buzowanie, walka i pragnienie każdego słonecznego promienia.
I tak samo mogłoby się wydawać, że ten wzór na mnie tak banalny, ten sprężysty krok i uśmiech na twarzy, są ot tak, po prostu. Bo słońce, bo muzyka, bo wiatr i ptaków śpiew. Ale kto mnie zna choć jedną warstwę głębiej niż z tej z pogawędki przy ekspresie do kawy, ten wie, że nie taki prosty ze mnie wielomian. Bo słońce, muzyka, wiatr i ptaków śpiew to pęczek marchewek do ciężkiej pracy każdego dnia z marazmem, demotywacją, pulsowaniem, podawaniem w wątpliwość i buzowaniem niekoniecznie tego, co we mnie najlepsze.
Kiedyś mawiałam, że noszę ciężkie buty, bo dzięki temu unoszę się nad ziemią tylko kilka centymetrów, co pozwala zachować mi jednocześnie dystans i mieć zdrowy ogląd sytuacji. A dzisiaj czuję bardzo dokładnie strukturę brukowych kostek. Dzisiaj widzę, że z każdą szpilką wbijaną sobie samej, bo znów za mało, bo znów nie tak, bo to, bo to nie stawałam się zbyt poważna, zbyt mocno przywierając do ziemi, a cała moja radość ulatywała ze mnie, jak powietrze z balonika.
Myślę, że około 30tki nadchodzi taki moment, gdy ludzie mówią sobie “ogarnij się”. Biorą się w garść i idą po swoje. Ja wtedy nie musiałam, bo ogarnęłam się chwilę wcześniej i byłam w czymś na kształt eudajmonii. A potem się wszystko rozsypało, więc starałam się to zbierać, podtrzymywać, budować i chyba właśnie teraz zbliżyłam się do tego momentu, gdy trzeba potrząsnąć sobą, jak śniegową kulą i zobaczyć z czym można ruszyć dalej.
Wiosennie mówię: dość odbijając się od gruntu. W ramach wiosennych porządków wykurzam z siebie wkurzenie na pół świata i całą mnie, odświeżam pomysły na siebie, wymieniam zużyte schematy, sieję pozytywne myśli na cały dzień. A gdy wiosenną burzą zmarszczę brew, to nie rzucam w siebie gradem wyrzutów sumienia. Na wiosnę buduję nawyk myślenia o plusach i trenuję umysł książkami, odchudzam tę część siebie, która ciągnie mnie w dół.
To te proste prawdy, jak pierwszy śnieg w zimie, pierwsze kwiaty i śpiew ptaków na wiosnę. Jak te pocałunki nastolatków na parkowych ławkach, zwykła życzliwość, poranny łyk zimnej wody i zapach kwiatów z drzew wpadający przez okno. To wino pite z absurdalnie dużych kieliszków i mruczenie kota nad ranem. To m-kowe jesteś moim robakiem przed zaśnięciem i odgłos zanurzania łyżeczki w kubełku z lodami. To ulubione dźwięki na rozbudzenie i odkrywanie nowych. To dobre rozmowy, na które się czekało, choć niedosłownie, które ściągają z pleców ciężar wyobrażeń i własnych surrealistycznych filmów. To magnolie szalejące po całym mieście i poczucie akceptacji.
Marzec to był taki miesiąc, w którym możliwe było wszystko: zimowe kozaki i krótkie spodenki obok siebie na siedzeniach w autobusie. Cudowny nastrój i odizolowanie od świata na cały dzień. Ciągłe dychotomie i to poczucie, że jesz, ale wciąż masz niedosyt, bo tak naprawdę masz ochotę na coś innego.
W kwiecień weszłam z myślą, że będę dla siebie dobra na wiosnę. Sama do siebie mówię: Kaś, ogarnij się. I postaraj się w tym wytrwać chociaż do zimy. A potem to już będzie z górki . Jak na sankach.
Może pamiętacie, jak z bajkowych postaci przez jakiś czas byłam Gerdą w czerwonych bucikach, by potem stać się niezauważalnie Królową Śniegu dla siebie samej? Skoro już poruszamy się w banałach, to dziś jestem Elzą, choć jeszcze w ukryciu i strachu przed tym, co potrafię.
Lubią mnie zimowe opowieści. Zwłaszcza na wiosnę.

2 komentarze

  • Anonimowy

    Czytam Cie od jakiegoś czasu, zaintrygowany odnajdowaniem tutaj myśli które kiedyś sam wypowiedziałem lub napisałem. To dziwne.

    Ja w każdym razie w ciężkich butach udawałem że chodzę. Kilka centymetrów to wystarczyło, aby ukryć prawdę że latam.

    Może to takie kalki myślowe i wszyscy je mają. A może jest wiek takich myśli? Niedawno, przy okazji wiosennej wymiany ubrań znalazłem w szafie martensy. Po chwili schowałem z powrotem, nie wiedząc do czego mogłyby mi być dziś potrzebne…

  • Kasia serendipity

    Myślę, że w gruncie rzeczy w pewnych momentach życia, po pewnych doświadczeniach większość z nas myśli podobnie, ale mało kto mówi o tym głośno. Może dlatego, jak się gdzieś o tym usłyszysz, przeczyta, to jest dziwnie.

    Chciałabym znaleźć swoje stare martensy. Paradoksalnie poleciałabym trochę wyżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *